Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki

Młodzi Polacy w Irlandii

Treść


.
Młodzi Polacy z Irlandii przekonują:
MAMY TU SWOJĄ MISJĘ DO SPEŁNIENIA
.
W lipcowo-sierpniowym numerze gazetki (nr 7-8/2006) znalazła się relacja młodego starosądeczanina - Pawła ze swego pobytu w Irlandii. Czytelnikom zabrakło w niej informacji o działaniu Kościoła w tym kraju. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom bardzo wnikliwie i interesująco potraktowała ten temat dziewczyna Pawła - Gabi, pracująca w Irlandii.
Dziękujemy za przysłany artykuł i bogate informacje. Kierujemy ku Rodakom na Zielonej Wyspie najlepsze życzenia i pozdrowienia.
Redakcja
.
Mały, kamienny kościółek ze starym celtyckim cmentarzem, garstka starszych ludzi i 20 minut szybkiej modlitwy. Tak wyglądała moja pierwsza wizyta w irlandzkim kościółku, w grudniu 2003 roku na wieczornych roratach, w małej miejscowości na południu Irlandii. Jak się potem okazało w niedzielę nie było wcale inaczej, msza trwała pół godziny, kazania to raptem dwa zdania, a uczestnicy to mili staruszkowie. Oni również stanowili scholę, gdyż organy rzadko można usłyszeć w irlandzkim kościele. Ale co było dla mnie szokujące to szafarze, których u nas jeszcze wówczas nie było, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Czytali czytania i rozdawali Komunię na rękę - co również było dla mnie nowe. Do mszy służyły dziewczynki ubrane w komeżki. Dziwna była zbierana podczas mszy podwójna składka do koszyków lub worków posyłanych po ławkach przez szafarzy. Zawsze uśmiechnięty ksiądz przed nabożeństwem witał wchodzących, a po mszy żegnał wychodzących - w drzwiach kościoła. Podczas mszy każdy przed sobą miał program liturgii na kartce, również śpiewniki były dla każdego. Nowości, jakie napotkałam w tutejszym kościele, dały mi dużo do myślenia. Stare przyzwyczajenia dawały znać o sobie i uznałam to za jakiś wyzwolony katolicyzm. Wywoływał on u mnie bunt przeciwko regułom kościelnym, które wrosły we mnie mocno w religijnej Małopolsce, gdy byłam dzieckiem. Z czasem, gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać, stwierdziłam, że to tylko reguły wymyślone przez ludzi. Ale skoro jest taka swoboda w tutejszym kościele to dlaczego tak niewielu praktykujących wyznawców? Wszystko jest przecież bardzo ułatwione. Msza została skrócona do minimum, bo jak stwierdziła jedna z Irlandek, nikomu nie chciałoby się siedzieć dłużej. Przed większymi świętami nie trzeba stać w długiej kolejce do konfesjonału, gdyż tutaj spowiedź jest zbiorowa. Żadne posty, piątkowe czy też wielkopostne, nie są zachowywane, ale i tak ciężko spotkać praktykujących, młodych, irlandzkich katolików. Ich kościołami są puby, bogiem jest alkohol. Mają pracę i pieniądze. Wydaje się, że mogą mieć wszystko, ale brak im czegoś bardzo ważnego...
Równie ciekawym doświadczeniem były święta Bożego Narodzenia, które spędziłyśmy razem z siostrą, w tej małej mieścinie, na południu Irlandii. Czas przedświąteczny zaczyna się już w październiku, kiedy to pojawiają się świąteczne ozdoby i gorączka zakupów. Okazało się także, że nie obchodzi się tutaj wigilii, postanowiłyśmy więc przygotować własną. Mieszkałyśmy wówczas z irlandzką rodziną. Ugotowałyśmy wszystkie wigilijne potrawy, upiekłyśmy ciasta i zaprosiłyśmy gospodynię oraz naszą irlandzką przyjaciółkę. Wspólnie zasiadłyśmy do stołu. Dzieci musiały iść spać, ponieważ to była ważna noc, w czasie której przychodził Mikołaj z prezentami. Wielkim zaskoczeniem dla naszych gości był biały obrus na stole, opłatki, których nie znali i wielodaniowy, bezmięsny obiad. Oczywiście modlitwa i życzenia. Posmakowali wszystkich dań, które były dla nich nieco egzotyczne. Najbardziej zadziwiała ich kapusta, barszcz, grochówka i grzybowa, a także pierogi i kasza ze śliwkami. Poprosiłyśmy całą rodzinę, aby podczas obiadu nie odchodzić od stołu, co okazało się dość trudne, bowiem właśnie przyszedł Mikołaj i buszował po domu.
O Pasterce mogłyśmy tylko pomarzyć, chociaż starsi Irlandczycy mówili, że kiedyś, dawno temu odbywała się i oni ją jeszcze pamiętają. Wspominali także piątkowe posty. Na następny dzień poszłyśmy do kościoła, gdzie odbyła się “bardziej uroczysta” msza, niż zwykle w niedzielę. Potem my zostałyśmy zaproszone na ich uroczysty, bożonarodzeniowy obiad, na którym najważniejszy jest pieczony indyk. A także specjalne, świąteczne ciasto, pieczone jeszcze na długo przed świętami oraz pudding. Mało mówi się tu jednak o Dzieciątku, ciężko jest nawet znaleźć z Nim kartkę świąteczną. Tutejszym bohaterem świątecznym stał się rubinek (nasz rudzik) - zimowy ptaszek. Święta kończą się w ostatnim tygodniu roku, kiedy wszyscy mają jeszcze dni wolne i korzystają z wielkich, poświątecznych wyprzedaży.
Nieco inaczej jest podczas okresu Wielkiego Postu i świąt Wielkanocnych. Zamarły tu wszelkie dawne tradycje. Nikt nie zachowuje postu, mało kto uczestniczy w 15 minutowej drodze krzyżowej, nie ma naszych Gorzkich żali. Obchody Triduum są ograniczone do minimum. Nie święci się pokarmów, nie ma śniadania wielkanocnego oraz “śmigusa dyngusa”. Czas wielkanocny charakteryzuje się tu wielkimi, czekoladowymi jajami i zającami, no i zagranicznymi wyjazdami, np. na narty, albo na wypoczynek w ciepłych krajach. Na próżno było szukać porannych rezurekcji w przeróżnych kościołach zachodniej Irlandii, gdzie spędzałyśmy święta. Z pewnością do końca życia nie zapomnę tego wielkanocnego śniadania, które spożyłyśmy z naszymi irlandzkimi znajomymi na plaży półwyspu Dingle, była polska kiełbasa i sernik, przechowane przez nas w zamrażarce, specjalnie na tę okazję.
Wszystko zmieniło się, gdy przeniosłyśmy się do Dublina, w 2005 roku. Kościoły w stolicy są z kamienia, podobnie jak i w innych, większych miastach irlandzkich, ale mają bogatsze wyposażenie, od tych w głębi kraju. Wiele z nich stoi opuszczonych, tak katolickich, jak i anglikańskich. Niektóre są sprzedane i przerobione na puby, inne na restauracje, sklepy itp. Taką prawidłowość zauważyłam zarówno w Irlandii, jak i w Szkocji. Natomiast czynne miejskie kościoły proponują o wiele więcej mszy świętych niż te wiejskie (tam odprawia się jedną dziennie w ciągu tygodnia i dwie w niedzielę). Uczestniczy w nich o wiele więcej osób. Większość stanowią starsi, a młodzi to przeważnie obcokrajowcy. Na takich mszach Komunia przeważnie jest podawana w dwóch postaciach: chleba i wina.
W maju 2004 roku Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Do Dublina, jak i całej Irlandii przyjechało mnóstwo Polaków, którzy zaczęli szukać kościoła. Przyszedł nam więc z pomocą ks.Andrzej Pyka, pracujący w jednej z parafii w Dublinie. Odprawiał on dwa razy w miesiącu msze święte w “Domu Polskim”. Potem zorganizował coniedzielne nabożeństwa odprawiane w języku polskim, w jednym z kościołów w centrum Dublina na Halston Street. Budynek świątyni nie był zbytnio wielki, ani okazały, ale wszyscy go polubili. Szczególnie upodobano sobie spotkania “herbatkowe” po mszach.
Przestrzeń kościoła stała się oazą polskości, gdzie można było spotkać rodaków, wymienić informacje, porozmawiać, poznać ludzi czy poszukać pomocy. Do “polskiego kościoła” zaczęły ściągać tłumy, a to za sprawą ks.Andrzeja. Jego trafiające w sedno kazania, niesamowite poczucie humoru, gotowość niesienia pomocy i skromność spowodowały, że zaczęli przychodzić nawet ci, którzy w Polsce do kościoła nie chodzili. Jednak dwie niedzielne msze o godz. 14 i 18 zaczęły nie wystarczać, Polacy szukali czegoś więcej. Zdominowaliśmy zatem spotkania Taize w kościele dominikanów na Dominic Street, które odbywają się w środy wieczorem. Słowaccy dominikanie, którzy przyjechali tu na studia, służyli nam swoją pomocą. Po śpiewach kanonów z Taize odbywają się spotkania przy herbacie i dyskusje. Bracia zorganizowali nawet wyjazd do Knock - miejsca objawień maryjnych w Irlandii, dokąd odbyliśmy jednodniową autokarową pielgrzymkę.
Przeor dominikanów, który zauważył gwałtownie rosnącą liczbę Polaków i ich poszukiwania duchowe, skierował prośbę do przełożonego polskich dominikanów, aby przysłał do Dublina kapłanów. Prowincjał odpowiedział pozytywnie i wysłał ojca Marka Grubka, bardzo nam teraz bliskiego. Ojciec przyjechał na parę dni w listopadzie 2005 roku na rekonesans i już wtedy bardzo go polubiliśmy i spędziliśmy z nim sporo czasu, przedstawiając nasze sytuacje i potrzeby. Ojciec Marek wyraźnie też nas polubił, a Irlandia i Dublin go urzekły. Widzieliśmy łezkę w jego oku gdy wyjeżdżał, ale wyraził nadzieję szybkiego powrotu, czego również mu życzyliśmy. Jeszcze przed jego wyjazdem rozmawialiśmy o św.Patryku - patronie Irlandii i o górze Croagh Patrick, na którą chcieliśmy razem pojechać 17 marca, w dniu św.Patryka (święto narodowe Irlandii). Pożegnaliśmy się więc hasłem, które towarzyszyło nam kilka następnych miesięcy czyli “Do Croagh Partick”.
Ku naszej i ojca radości powrócił on nie sam, ale przyjechali razem z o.Marcinem Lisakiem w dniu św.Jordana, czyli 13 lutego tego roku. I tak narodziło się w Dublinie Dominikańskie Duszpasterstwo dla Polaków “Na walizkach”. Doczekaliśmy się również wyjazdu na górę Croagh Patrick z mszą polową na szczycie, która pozostanie na długo w naszej pamięci. Ojcowie Marek i Marcin szybko zaczęli organizować nowy ośrodek. Wspólnie ustaliliśmy dogodne dla wszystkich godziny mszy niedzielnych oraz wieczorną mszę piątkową, a po niej spotkania. Ojcowie prowadzą również kursy przedmałżeńskie, udzielają sakramentów, piszą artykuły w Polskiej Gazecie i innych. Pamiętam jak już w marcu prowadziliśmy razem drogę krzyżową, a potem przeżywaliśmy wspólnie święta, rezurekcję i śniadanie wielkanocne. Obecnie staramy się o salę do naszej dyspozycji w podziemiach klasztoru. Tego nam właśnie było potrzeba. W wakacje przyjechał kolejny ojciec dominikanin, a w zeszłym tygodniu trzech młodych braci na studia - w końcu w Irlandii jest tylu Polaków. Natomiast ich było tylko dwóch. Cieszymy się, że są i jesteśmy dumni, że ich mamy.
Jeszcze przed przyjazdem polskich dominikanów do Dublina jesienią 2005 przyjechał ks.Jarosław, który miał zastąpić ks.Andrzeja i zająć się organizacją polskiej parafii. A liczne prośby o udzielenie sakramentów czy organizację kursów przedmałżeńskich spowodowały, że szybko przyjechał następny ksiądz. Powstała zatem polska parafia, razem z biurem otwartym dla rodaków, pojawiły się codzienne msze w języku polskim.
17 września tego roku, arcybiskup Martin przekazał polskiej wspólnocie piękny kościół św.Audoena na High Street. To był bardzo ważny dzień dla Polaków w Dublinie. W końcu doczekaliśmy się swojego budynku, gdyż w poprzednim byliśmy tyko “niedzielnymi gośćmi". Polacy sami odremontowali ten kościół, aby był gotowy na otwarcie, w którym uczestniczyli: Prymas Polski i Prymas Irlandii, arcybiskupi, księża, oraz członkowie polskiego rządu, parlamentarzyści i ambasador RP w Irlandii. Potem spotkali się z nami w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym.
Wydaje się, że zarówno przełożeni Kościoła, jak i rząd polski dostrzegają nasze potrzeby na irlandzkiej emigracji i starają się na nie odpowiadać. Ale czy tego właśnie nam potrzeba? Na pewno irlandzkiemu, zestarzałemu i zapomnianemu Kościołowi potrzebni byliśmy my. Mamy tu swoją misję do spełnienia, a jak to się potoczy, to już Bóg pokaże.
Gabi
Dublin - październik 2006 r.
50582