Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki

Moje spotkania - Taize

Treść


.
28 XII - 1 X Taize
XXIX EUROPEJSKIE SPOTKANIE MŁODYCH W ZAGRZEBIU
 
.
W diecezji tarnowskiej było dziesięć punktów przygotowujących wyjazd, najbliższe nam mieściły się w parafii św.Kazimierza w Nowym Sączu i w parafii pw.św.Jana w Łącku. Wśród 40 tysięcy młodych Europejczyków byli i tacy, którzy nie pierwszy już raz uczestniczyli w spotkaniach, a po każdym cały rok żyją wspomnieniami o minionym i nadzieją na najbliższy wyjazd. Co się kryje w ich decyzjach, że nie zrażają trudy podróży, poniesione koszty i wyrzeczenia? Rekompensatą staję się głębokie przeżycia duchowe, szczególna atmosfera modlitewnych spotkań, poczucie więzi i bliskości, możliwość poznania nowych miejsc i ludzi, nawiązania przyjaźni itp.
Chorwacja postanowiła wszystkich uczestników spotkania zakwaterować i przyjąć w swoich rodzinach. Mimo że nie jest to kraj bogaty, jego mieszkańcy chcieli podzielić się tym, co mają, na miarę swych skromnych możliwości i na miarę serca. Dla uczestników spotkania miało to i te dobre strony, że pozwalało poznać z bliska życie ludzkie, zajęcia, rodziny, mieszkania, parafie itp. Z porozumiewaniem się były pewne kłopoty, ale od czego język migowy, gesty, trochę niemieckiego, który tam akurat lepiej znany i “szło się dogadać”.
W 11 (listopadowym - 2006 r.) numerze gazetki umieściliśmy interesującą relację z koncertu grupy muzycznej “Dżem” w Limanowej. Jej autor - Maciek Prostko - jest fascynatem wyjazdów TAIZE, zaliczył już kilka. Przymierzając się do tegorocznego żył nim od kilku miesięcy, opowiadał o czynionych przygotowaniach, a na sugestię, by po powrocie wrażeniami z pobytu podzielić się w naszej gazetce, odpowiedział pozytywnie, z chęcią i gotowością.
Dzięki temu poznamy nie tylko niuanse pobytu w Zagrzebiu, ale i wiele szczegółów m.in. dotyczących kosztów wyjazdu, co może zainteresować młodych ludzi, poszukujących w życiu czegoś głębszego i niezapomnianego.
Może kolejny tekst młodego człowieka zachęci jego rówieśników do szukania najlepszych sposobów realizowania się i wykorzystania swego czasu, a także do dzielenia się sobą i wypowiadania na łamach naszej gazetki?
Autorowi gratuluję ciekawych pomysłów na życie oraz dobrych wyborów, a także interesującej relacji ze spotkania w Zagrzebiu, na którą zaprasza Czytelników
Zofia Gierczyk
.
 
Moje spotkania “Taize”
NIE DA SIĘ TEGO OPISAĆ SŁOWAMI - TO TRZEBA PRZEŻYĆ
 
.
Z Taize pierwszy raz zetknąłem się 4 lata temu. W wigilię 2003 r. pod choinką znalazłem kopertę, w której była karta zgłoszeniowa na wyjazd do Hamburga. Przyznam szczerze, że nie bardzo chciało mi się jechać. Myślałem sobie, że cały tydzień, a do tego “Sylwester” spędzony na modlitwie to nie dla mnie (typowe myślenie gimnazjalisty, jaki wówczas byłem).
Utwierdzałem się w przekonaniu, że zamkną nas w jakimś kościele i nawet nie będzie czasu na zwiedzenie miasta. Wyjeżdżałem więc naprawdę z ciężkim sercem. Na miejscu jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna, od razu wciągnęła mnie niezwykła atmosfera, a i czasu na zwiedzanie miasta okazało się wystarczająco dużo. Wróciłem zachwycony i już wiedziałem, że następnego Sylwestra spędzę na kolejnym Taize - w Lizbonie (chyba mój najciekawszy ze wszystkich wyjazdów). Rok później znowu znalazłem się na spotkaniu młodych, tym razem we włoskim Mediolanie, no i wreszcie, w tym roku, zawitałem do stolicy Chorwacji - Zagrzebia.
Na pewno dużym plusem tych wyjazdów jest to, że są tanie. Zawsze kosztują 40 euro, w które jest wliczone mieszkanie (najczęściej u rodzin), wyżywienie i podróżowanie komunikacją miejską i podmiejską bez żadnych ograniczeń. Do tego dochodzą jeszcze koszty dojazdu na miejsce, które jak do tej pory oscylowały między 200 zł (Zagrzeb) a 700 zł (Lizbona), w zależności od odległości. Warto więc zauważyć, że przy odpowiednim gospodarowaniu pieniędzmi, przez cały rok, nie jest trudno oszczędzić wystarczającą kwotę.
Pora wreszcie opowiedzieć, jak wyglądała ostatnia “pielgrzymka zaufania” do Zagrzebia. 27 grudnia około godz. 11.00 z Łącka, Grybowa i Tylmanowej wyjechało nas trochę ponad 100 osób.
Po drodze odwiedziliśmy Budapeszt i mimo 4 godzin czasu, wskutek spowicia miasta bardzo gęstą mgłą, niewiele udało nam się zobaczyć. Wyjechaliśmy późną nocą, by rano, około godz. 9.00 być u celu podróży, w Zagrzebiu.
Pierwsze wrażenie nie było najlepsze, miasto uderzająco podobne do miast Górnego Śląska, liczne blokowiska, cała masa zakładów przemysłowych, szaro, ponuro - krótko mówiąc niezbyt ładne.
Przyjęcia i spotkania modlitewne zwykle odbywają się w wielkich halach, często po wystawach Expo, wspaniale i nowocześnie urządzonych. Zagrzebskie jednak były inne, bardziej kojarzące się “z komuną”. Szybko nas przyjęto i rozsyłano, moja grupa dostała skierowanie do parafii w jakimś Progarści. To było daleko od Zagrzebia, jechaliśmy blisko godzinę pociągiem, a ze stacji na miejsce do punktu przyjęć było jeszcze 6 km. Gdy wreszcie tam dotarliśmy okazało się, że to nie koniec podróży. Zostaliśmy zakwaterowani w rodzinie niejakiego Boża (kolejne 5 km od punktu przyjęć). Przyznam szczerze, że początkowo byłem załamany tą wsią prawie na końcu świata, gdzie nie jeździły żadne autobusy i nie było nawet sklepu. Rodzina zajmowała się rolnictwem i jak się okazało była całkiem zamożna, jak na tamtejsze warunki. Codziennie mogliśmy jeść masło domowej roboty, czy świeżo upieczone bułeczki. Poczęstowano nas również własnej produkcji rakiją (jest to tutejszy narodowy trunek). Oprócz trzech Polaków mieszkali z nami dwaj Niemcy i to nas ratowało, bo byli tłumaczami (Chorwaci bardzo dobrze mówią po niemiecku).
Dopiero gdy wieczorem z powrotem autokarem przewieziono nas do Zagrzebia poczułem, że jestem na Taize. Gdy zobaczyłem te rzesze ludzi młodych (około 40 tysięcy), których wcześniej “nie czułem”, zrozumiałem, że nic mi nie przeszkodzi w przeżyciu tego wyjazdu. Wspaniałe kanony Taize zawsze brzmią tak samo, zawsze doprowadzają do wyciszenia i refleksji, bez względu na to, w jakim zakątku świata się odbywają.
Następny dzień miał już typowy dla spotkań Taize plan: rano krótka modlitwa w parafii, po której odbywały się spotkania w grupach, rozmowy o różnych ważnych sprawach społecznych. Następnie byliśmy dowożeni do Zagrzebia na obiad (ach te ogromne kolejki po konserwy!) a następnie można było iść na jakieś spotkanie tematyczne (których ogromny wybór), lub ruszyć na miasto. Innymi słowy 5-6 godzin dla własnego użytku. Wieczorem wszyscy schodzili się na kolację, a po niej odbywały się wieczorne modlitwy, które brat Roger nazywał “sercem spotkań”. Miał rację, bo to niezwykle budujące uczucie, gdy jest się wśród dziesiątek tysięcy ludzi z całej Europy, którzy są tak niezwykle wyciszeni i skupieni. Nie da się tego opisać słowami, to trzeba przeżyć.
Po tych modlitwach byliśmy zawsze dowożeni do macierzystej parafii. Zaskoczeniem dla nas była niedzielna msza w naszej miejscowości, myśleliśmy, że będzie nas tam garstka, a kościół był wypełniony po brzegi Chorwatami i bardzo ładnie wszyscy śpiewali.
Na chwilę zatrzymam się jeszcze przy wspólnocie, którą stanowiliśmy w naszej parafii. Zakwaterowane zostały tam 4 grupy, dwie z Polski: nasza i wrocławska i po jednej grupie z Litwy, i Niemiec. Przyznam się, że jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby grupa parafialna tak szybko się zintegrowała, z wrocławiakami często zwiedzaliśmy miasto a z Litwinami zawarliśmy nową unię. Na zapoznanie się mieliśmy sporo czasu w trakcie podróży z i do Zagrzebia.
Bardzo ważnym dniem na Taize jest Sylwester - przebiega on tak, jak każdy inny dzień na spotkaniach, ale około godz. 23.00 po powrocie na parafię udaliśmy się na wielką modlitwę o pokój, która trwała dokładnie do 24.00.
Wtedy wyszliśmy z kościoła, napiliśmy się razem ze wszystkimi symbolicznego szampana i udaliśmy się na noworoczną imprezę, podczas której, każdy naród prezentował program artystyczny, trwały zabawy i tańce przy różnorodnej muzyce.
Zabawa oczywiście jest bezalkoholowa, co ma szczególny urok (z nikim nie ma problemów, nikogo nie trzeba odprowadzać, po nikim nie trzeba sprzątać).
Niestety 1 stycznia to ostatni dzień na Taize, zaczyna się on mszą, a później jest uroczysty obiad u rodzin, u których mieszkaliśmy. W tym roku jedliśmy bliżej niezidentyfikowaną, ale bardzo dobrą potrawę z makaronu. Potem już tylko wymiana skromnych upominków i trzeba się żegnać, nie tylko z rodzinami, ale również z tymi, z którymi się ten czas spędziło. Były łzy, wymiany numerów telefonów, obietnice kontaktów.
Z poprzednich pobytów udaje mi się utrzymywać kontakt z rodziną, u której mieszkałem w Mediolanie i z paroma osobami z Lizbony.
O godz. 17.00 nasze autokary opuściły Zagrzeb i zawiozły nas do domów, w których byliśmy już rano. Przyjechaliśmy pełni wrażeń, uduchowieni, można powiedzieć, że z naładowanymi akumulatorami. Za rok spotkanie w szwajcarskiej Genewie, oczywiście już z niecierpliwością czekam na Taize w tym mieście.
Mam wielką nadzieję, że uda mi się tam pojechać.
Maciek Prostko
51069