Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki

Ksiądz Wojciech Zygmunt

Treść


.
Świadectwo kapłaństwa i patriotyzmu ks.Wojciecha Zygmunta
TRUDNA PRAWDA WYMAGA SZCZEROŚCI
.
Historii nie zostawia się samej sobie, ale nie wolno nią manipulować ani od przeszłości się odcinać. “Tylko prawda wyzwala” pisał Jan Paweł II. Szczególnie prawda o czasach, w których odwaga była w cenie, a życie wymuszało walkę o godność i wolność.
Kościół był najbardziej prześladowaną instytucją w czasach stalinowskich i PRL. Jawnie prowadzona walka przybierała takie formy antyklerykalne, jak: wymuszanie posłuszeństwa władzy, zmuszanie do podpisywania deklaracji lojalności, skłócania księży, rozsiewania kłamstw i plotek, śledztwa, podsłuchy, brutalne działania wymuszające współpracę, pozyskiwanie tajnych współpracowników. W więzieniach znalazło się około 1000 przedstawicieli duchowieństwa. W każdej parafii zakładano teczki obserwacyjno-agencyjne dla księży i organizacji kościelnych. “W stosunku do każdego księdza prowadzono tzw. teczkę ewidencji operacyjnej (TEOK), próbowano pozyskać na współpracownika, oceniano (...) interesowano się jego życiem prywatnym. W latach 80. stwierdzono 7 zabójstw duchownych związanych z opozycją”. (cyt. za “Gościem Niedzielnym” z 14 stycznia 2007 r.)
A jednak nawet w najtrudniejszych sytuacjach, w więzieniach, podczas śledztw i przesłuchań można było zachować twarz i godność, nie tracić ducha i odwagi w dawaniu świadectwa wiary, człowieczeństwa i kapłaństwa.
Z bólu i cierpienia wyrasta nadzieja, z każdego dobrego przykładu można wyprowadzić dobro. Jeden z takich wzorów znaleźliśmy u siebie, z informacji rodziny zamieszkałej w Starym Sączu oraz we wspomnieniach zapisanych w książce Danuty Suchorowskiej-Śliwińskiej pt.: “Postawcie mi krzyż brzozowy. Prawda o ks.Władysławie Gurgaczu SJ”, Kraków 1999. Dzięki temu zaprezentujemy Czytelnikom postać niezwykłego kapłana - patrioty, pochodzącego z Gabonia, a przez pewien czas zamieszkującego w naszym mieście.
Jego losy są świadectwem kapłańskiej drogi w czasach, o których trzeba przypominać ku przestrodze współczesnym i z przekonaniem, że “człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać”. Takim niepokonanym był właśnie On -
.
.
Ks.Wojciech Zygmunt
.
Urodził się 5 marca 1911 roku jako siódmy z dziesięciorga dzieci Marii i Jana Zygmuntów z Gabonia. Dojeżdżając ze Starego Sącza kształcił się w gimnazjum obecnego I Liceum Ogólnokształcącego w Nowym Sączu, po maturze wstąpił do tarnowskiego seminarium duchownego a w 1935 r. przyjął święcenia kapłańskie i odbył prymicje w Gołkowicach. We wrześniu 1935 r. objął obowiązki wikariusza w Moszczenicy k/Gorlic, w rodzinnej miejscowości ks. bpa Leona Wałęgi (zgodnie z wcześniejszym biskupim życzeniem). Była to duża parafia, 6 tys. wiernych z katechezą w dwu szkołach oraz rozpoczętą budową kościoła w Mszance. Posługiwał tu w latach 1935-41, bardzo zaangażowany we wszelkie działania. Odwiedzał chorych, organizował pielgrzymki i stowarzyszenia świeckich. Z Moszczenicy został przeniesiony na wikariat do Szczawnicy, potem do Przyszowej a następnie na probostwo do Szczawnicy, gdzie był sam, bez wikariusza, w 5-tysięcznej parafii. Tu przeżył prawie całą wojnę, był kapelanem Armii Krajowej, pomagał ks.jezuicie Władysławowi Gurgaczowi, który był kapelanem Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, straconym 14 września 1949 r. w więzieniu na ul.Montelupich w Krakowie. Za tę współpracę ks.Wojciech Zygmunt otrzymał wyrok 6 lat więzienia - w 1948 r., podczas pełnienia funkcji proboszcza w Żegiestowie został aresztowany za pomoc partyzantom AK i osadzony w więzieniu we Wronkach. Po odbyciu wyroku przez wiele lat był proboszczem w Ochotnicy Dolnej, skąd przeszedł na emeryturę. Nie posiadał żadnych odznaczeń, choć w poł. lat 90. został zrehabilitowany.
Dzięki zabiegom ks.bpa Piotra Bednarczyka otrzymał odszkodowanie, które w całości przeznaczył na cele kurii biskupiej. Dożył sędziwego wieku (91 lat), ostatnie lata spędził, na własne życzenie, w Domu Radosnej Starości w Kupieninie /Szczucina (w rodzinnej miejscowości ks.bpa Zygmunta Zimowskiego). Tam odprawiał Msze św. dla około 70 pensjonariuszy, spowiadał.
Zmarł 6 sierpnia 2002 r. w Kupieninie, uroczystości pogrzebowe w Gołkowicach Górnych prowadził ks.bp Jan Styrna, podkreślając wielorakie zasługi zmarłego kapłana.
W wymienionej już książce znajdujemy wspomnienia ks.Wojciecha Zygmunta szczegółowo odtwarzające sceny przesłuchań i śledztwa. Fragmenty ich prezentujemy Czytelnikom w tym numerze zaś dalszą relację umieścimy w następnym numerze “Z Grodu Kingi”. Dziękujemy Rodzinie Księdza za udostępnienie materiałów.
Fragmenty wybrała Zofia Gierczyk
.
“Zostałem aresztowany 1 września 1948 r. w Żegiestowie, gdzie podówczas byłem proboszczem (...) W moim pokoju podczas rewizji ubecy znaleźli pod podłogą (zrywali ją!) 4 puste łuski po nabojach. Zrobili z tego potem cały skład broni... Zostałem “zaproszony” do auta. Prowadziło mnie dwóch z bronią w ręku i zanim doszliśmy do samochodu, nawiedziła mnie nieodparta pokusa, żeby uciekać. Ale - zastanowiłem się - w lesie mogli być zaczajeni ich ludzie. Nie dalej jak dzień wcześniej słyszałem strzelaninę w pobliżu. Oni prawdopodobnie liczyli się z tym, że ktoś może przyjść z pomocą, bo zamiast wieźć mnie najkrótszą drogą przez Piwniczną, wzdłuż Doliny Popradu - wieźli mnie przez Krynicę, Berest i Nawojową.
Od razu wzięli mnie na śledztwo. Zwykła sceneria: światło w oczy i ich kilku, wrzeszczących jednocześnie. Zarzucali mi, że ukrywałem członka bandy, i że byłem w kontakcie z “bandą Gurgacza”, którą wspierałem materialnie. “Szarotka” zeznała im, że przyprowadziła do mnie ks.Gurgacza do spowiedzi. Ja im na to odpowiedziałem, że rzeczywiście przyprowadziła jakiegoś księdza, ale czy to był Gurgacz, ja nie wiem, bo go nie znam. Odmówić zaś spowiedzi księdzu nie miałem prawa. Nie dali wiary moim słowom i bardzo chcieli się dowiedzieć o czym spowiadany przeze mnie ksiądz mówił. Wyśmiałem ich. Po jakimś czasie zamknęli mnie w pojedynczej celi na parterze i dali dzbanek wody. Wewnętrzne drewniane drzwi tej celi nie były zamknięte, bo za nimi znajdowała się krata, a dalej spacerował strażnik. Siedziałem tam i rozmyślałem, jakby tu wydostać się z matni. Było dobrze po północy, kiedy nieoczekiwanie znalazłem na podłodze gwóźdź i zacząłem ostrożnie (kiedy strażnik się oddalał) manipulować koło zamknięcia kraty. Jeden spust puścił, ale dalej szło jak po grudzie. Próbowałem, czy głowa mi się zmieści między kratami, ale nie mieściła się. Musiałem zrezygnować z dalszych wysiłków.
Wieczorem, następnego dnia znów wezwano mnie na przesłuchanie. Te same pytania i propozycja: “ksiądz może być zaraz wolny, tylko proszę się zobowiązać do współpracy z nami”. Propozycja była absurdalna, ale z kpiną w głosie, zapytałem, czego się ode mnie spodziewają. - “Ach, nic wielkiego. Będzie nas ksiądz informować, jakie nastroje panują wśród księży”. - “Chcecie zrobić ze mnie Judasza? O, to się wam na pewno nie uda!” - Huknąłem z oburzeniem. Oni patrzyli na mnie z nienawiścią, jeden z nich wycedził - “Jak ksiądz nie chce z nami po dobroci, to my zaczniemy postępować inaczej...” Wrzucono mnie do najgłębiej położonej celi - ciemnicy na całe 14 dni. Z początku przeszkadzał mi niemożliwy smród, jaki tam się roztaczał, ale powoli się przyzwyczaiłem. Cała posadzka celi pokryta była ludzkimi ekskrementami, nie było jednego najmniejszego skrawka na którym można by usiąść czy stanąć “na sucho”. Miałem dużo czasu do rozmyślań. Z początku spacerowałem lub opierałem się o lodowato zimną ścianę, potem nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a sen na stojąco - wyczerpywać. Trudno było utrzymać równowagę i nie upaść. Dwa razy dziennie otwierały się drzwi, wrzucano mi chleb i dawano trochę wody. Nie miałem ochoty jeść, te okropne warunki pozbawiały apetytu. Zastanawiałem się ciągle, na czym by można było usiąść, ale nadziei na znalezienie czegoś raczej nie było. W momencie wpuszczania mnie do środka strażnik bacznie omiótł podłogę latarką i wykopał ze środka jakąś małą puszeczkę po konserwie. Ale w końcu po kilku dniach, udało mi się znaleźć niewielką deseczkę. Była zbyt cienka, żeby mogła posłużyć za siedzenie, ale miałem przy sobie kilka nie zjedzonych, suchych kromek chleba i te kromki (wiedziałem, że Bóg mi wybaczy znieważenie darów Bożych) podłożyłem pod nią. W ten sposób mogłem teraz względnie wygodnie wypocząć. Ale kiedy zasypiałem, budziły mnie przebiegające po nogach szczury. Wytrwałem jednak i nie dałem się “zgnoić” ani w dosłownym, ani w przenośnym sensie. Pierwszą rundę miałem więc wygraną, do niczego się nie przyznałem, niczego nie mogli mi udowodnić.
Czternastego dnia otworzyły się drzwi karceru i dwóch ubeków z pepeszami poprowadziło mnie do więzienia. Postanowiłem mieć się tam na baczności przed kapusiami, których pewnie - tak przypuszczałem - podrzucą mi do celi. Ku swemu zaskoczeniu zobaczyłem w środku grupę modlących się ludzi. Dopiero gdy skończyli odmawianie różańca, zwrócili się do mnie i podjęli rozmowę. Zorientowałem się, że to sami porządni ludzie, z AK. Opowiedziałem im, jak mnie potraktowano i oświadczyłem, że za wszelką cenę będę się starał uciec. Na to jeden z nich, oficer AK, odezwał się w te słowa: “Musi ksiądz bardzo uważać, żeby nie zostawić po sobie trupa. Przy takiej krzepie wszystko może się zdarzyć”.
I doczekałem się. Poprowadzili mnie znowu na śledztwo do budynku UB. Było ich trzech i kiedy znaleźliśmy się w środku, naraz patrzę - dwóch weszło do kancelarii a po chwili ten trzeci, który został ze mną w korytarzu, też wchodzi do pokoju obok. W jednej sekundzie zorientowałem się, że to jest właśnie ta oczekiwana okazja i nie namyślając się ani chwili, rzuciłem pelerynę na poręcz schodów, przeżegnałem się, westchnąłem: “Maryjo, prowadź” i zbiegłem po schodach w dół. Skierowałem się od razu w stronę rzeki. Pomyślałem, że przepłynę Dunajec i umknę na drugi brzeg. Pobiegłem więc przez ogrody i to była moja zasadnicza pomyłka. Gdybym uciekł w ludne ulice, a był to właśnie targowy dzień, trudno byłoby im strzelać w tłum. A tak - byłem widoczny jak na dłoni. Drogą, którą biegłem, mało kto przechodził. Natrafiłem od razu na przeszkodą w postaci siatki z drutem kolczastym. Trudno było przeskoczyć, więc odgiąłem druty od dołu i przeczołgałem się na drugą stronę. Ale pogoń już była na moim tropie i zaczęła się strzelanina. Goniło mnie trzech ubeków i milicjanci. Chciałem dobiec do położonego trochę dalej wąwozu (miasto znałem bardzo dobrze), ale była tam brama, która mogła być zamknięta, więc zdecydowałem się uciekać na tory kolejowe. Zanim stoczyłem się w dół z pagórka, dostałem postrzał w głowę. Z początku jeszcze biegłem dalej, mimo że krew zalewała mi oczy, ale zrobiło mi się w pewnej chwili słabo i upadłem, już za torami, na ulicy między Dunajcem a przystankiem autobusowym. Zobaczyłem jakiegoś cywila, który biegł mi naprzeciw i schylił się po kamienie. Zdążyłem ostatkiem sił dobiec i schwycić go za ręce z kamieniami, ale znów osłabłem i poczułem silne uderzenie w głowę. Zemdlałem i już nie wiedziałem, że cała sfora goniących dopadła mnie, kopiąc i bijąc gdzie popadnie.
Ocknąłem się w łazience pod wodą, którą byłem obficie zlany. Przy mnie nie było nikogo. Usiadłem na brzegu wanny i ponieważ po chwili znów poczułem, że jestem bliski zemdlenia - wsadziłem głowę pod wodę. Któryś z nich w tym momencie stanął w drzwiach i patrzył co robię. Zbiegli się też inni i wszyscy śmiali się i dziwowali: “o patrzcie, wodę sobie na głowę leje”. Odwróciłem się od nich rozgorączkowany i wściekły, czułem jak ogarnia mnie furia, krzyknąłem do tego, który najbardziej się dziwował: “A chodź, bratku bliżej, to i tobie wody nie pożałuję!”. Odkrzyknął mi: “Leżeć tam spokojnie i mądrzyć się! Za mało widocznie dostałeś?” Po jakimś czasie kazali mi z łazienki wychodzić. Trzymali mnie na muszce, a był między nimi także rusek - enkawudzista, nieoficjalny szef. Któryś złośliwie podłożył mi pepeszę pod nogi, o mało się nie wywróciłem. Zlekceważyłem sprawcę i zwróciłem się do ruska ze stanowczym żądaniem, żeby ukrócił swojego podwładnego. - “Wam nie karabiny dać, tylko kije i za kozami was puścić” - krzyknąłem. - “Poczekaj, my cię jeszcze tymi kijami dotłuczemy” - odszczekał mi tamten. - “Jeszcze zobaczymy kto kogo” - powiedziałem, nie posiadając się z gniewu. Było mi wszystko jedno, co ze mną zrobią. Ucieczka się nie udała i byłem dalej w rękach zbrodniarzy, których widok w moim stanie krańcowego rozdrażnienia, potęgowanego jeszcze kiepskim stanem fizycznym, wywoływał we mnie paroksyzmy szaleństwa.
Zawieziono mnie do milicyjnego ośrodka zdrowia, bo pielęgniarka, którą zawezwano do mnie, roztrzęsła się ze zdenerwowania. Nie macie tutaj jakiegoś mężczyzny - zapytałem z gniewem - żeby mnie opatrzył? - Niech pani lepiej idzie do domu, mnie nic nie będzie. ale sami ubecy zorientowali się, że potrzebna mi jest natychmiastowa pomoc. Któryś z nich powiedział: “Trzeba coś z księdzem zrobić, bo już cały Sącz krzyczy, żeśmy księdza zamordowali”. Zjawił się więc lekarz, dał mi zastrzyk przeciwtężcowy, kamforę na serce i kazał jechać natychmiast do szpitala. Kiedy mnie wyprowadzili, śledczy ubek zapytał: “Dlaczego ksiądz uciekał?” - ja, ciągle jeszcze w tym nerwowym podnieceniu, zawołałem: “Podejdź bliżej, to ci powiem, dlaczego”.
Wieźli mnie milicyjną suką, kilku ich było w środku. Dogadywali mi cały czas. Kiedy przejeżdżaliśmy koło kościoła i ja się przeżegnałem, ironizowali: “O, żegna się, a pozabijałby nas, gdyby mógł”. Odpowiedziałem: “Żegnam się, bo tak mnie nauczono w domu, a was widać nie miał kto nauczyć”.
W szpitalu chwilę czekaliśmy i wtedy zobaczyłem się w lustrze, które tam wisiało w korytarzu. Wyglądałem strasznie, cały zakrwawiony, brudny i posiniaczony, w podartym ubraniu. Wprowadzono mnie do sali operacyjnej i tam stanąłem przed obliczem szefowej szpitala, doktor Stuchłowej. Zobaczywszy mnie wykrzyknęła: “Ach, to ksiądz z Żegiestowa! Co się stało?” Była zaszokowana. Obok niej stała siostra zakonna - pielęgniarka. Posadziły mnie na stole zabiegowym, a ubeków wyprosiły za drzwi. Poszli posłusznie, a mnie przyszło do głowy, żeby spróbować ponownie ucieczki. Nie zdawałem sobie sprawy ze swojego stanu, wciąż trzymałem się napiętymi do ostateczności nerwami i gorączkowym podnieceniem. “Siostro - powiedziałem cicho - niech siostra otworzy okno”. Spojrzała na mnie ze strachem i nie spełniła mojej prośby. Widać uznała ją za szaloną, z pewnością bała się także o siebie. Nie mogłem mieć o to żalu. Zresztą zacząłem już nie widzieć na jedno oko, a potem musiałem siedzieć spokojnie, kiedy zaszywano mi ranę na głowie i opatrywano inne. Kiedy skończyły ze mną, ubecy wpakowali się do środka i chcieli mnie zabrać. Ale pani doktor postawiła się im stanowczo: “Ja odpowiadam za jego życie - powiedziała. Jego stan jest bardzo zły, zaczął się już niedowład jednej ręki, poza tym nie wiadomo co z okiem. Dzwońcie do swoich szefów i powiedzcie, że ksiądz co najmniej przez dwa tygodnie poleży w szpitalu”. Zadzwonili. Pozwolono mi zostać w szpitalu, ale pilnowano mnie dobrze. Na noszach zaniesiono mnie do sali na piętrze i położono na łóżku. Był tam jeszcze drugi ksiądz, także więzień, stary i słaby ksiądz Kuc z Dąbrówki, oskarżony o świadczenie finansowej pomocy Gurgaczowi. Koło mnie stale siedział ubek z bergmanem, w nocy było ich dwóch, a w przedpokoju siedziało ponadto dwóch milicjantów. Szepnąłem pielęgniarce, która spisywała moje dane, żeby zostawiła mi niepostrzeżenie kawałek grafitu z ołówka. Zrobiła to i miałem już czym pisać, gdybym chciał się z kimś porozumieć. Czułem się jednak bardzo źle, gorączka się stale podnosiła. Przy tym nie mogłem w ogóle odpocząć, bo ubecy nie dawali mi oczu zmrużyć. Przesuwając taśmę z nabojami dogadywali: “Jakby tylko ktoś podejrzany się zjawił, zaraz wpakujemy w klechę śliwki”. Odpowiadałem: “Nie myślcie, że tan ktoś zostawiłby was w spokoju”. Drażniąc mnie w ten sposób, łatwiej znosili swój nudny dyżur. Zresztą dokuczanie mi sprawiało im niekłamaną przyjemność. Lecz ja miałem już tak wysoką gorączkę, że przestałem reagować na ich słowa.
Oskarżali mnie potem na rozprawie, że przez całą noc mówiłem o tym, jak to oni mordują księży i palą kościoły.
Tłumaczyłem, że byłem w malignie i trudno, żebym zdawał sobie sprawę z tego, co wtedy mówiłem. Sędzia nie uwzględnił ich zeznań.
Na drugi dzień byłem już przytomniejszy i kiedy mój “anioł stróż” na chwilę się zdrzemnął, grafitem zostawionym mi przez pielęgniarkę napisałem karteczkę o przysłanie mi cieplejszych rzeczy. Liczyłem się z tym, że mnie posadzą na dłużej. Okazało się, że koło łóżka miałem brewiarz, pewnie siostry zakonne się postarały. Powiedziałem więc pielęgniarce, że w książce będzie kartka i żeby ją zabrała. Zrobiła to bardzo ostrożnie podczas sprzątania, niby to z wielkim zainteresowaniem oglądając moją książkę. Dostarczono mi rzeczywiście do szpitala to, o co prosiłem i ubecy nie dochodzili skąd. Przypuszczali widocznie, że była to inicjatywa sióstr. Niestety w więzieniu tych rzeczy nie otrzymałem, przez cały czas leżały w depozycie.
Po tygodniu leżenia byłem już właściwie w niezłej formie, ale lekarze uważali, że trzeba mi jeszcze przedłużyć pobyt o kilka dni. Lekarz, który miał na ręce numer obozowy, zdzierał mi codziennie opatrunek, otwierał ranę i w taki sposób mogłem jeszcze poleżeć i wzmocnić się. A przydało się to bardzo, bo zaraz po zabraniu mnie ze szpitala wsadzili mnie do karca”.
.
(dokończenie w następnym numerze)
46144