Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki

Wrześniowe rozliczenia...

Treść


.
Wrześniowe rozliczenia w 68. rocznicę II wojny światowej
GDY NARODU DUCH ZATRUTY
“TO DOPIERO BÓLU BÓL”
.
Pisał romantyczny poeta Zygmunt Krasiński rozumując, że duch to wrażliwość, mądrość, sumienie i odpowiedzialność, to patriotyzm wyrastający z historii i przeszłości. A “zatruty” znaczyło: zdradliwy, nienawistny, kłótliwy, egoistyczny. A my jacy właściwie jesteśmy jako naród? Czy wciąż aktualne pozostają słowa kaznodziei wypowiedziane dwa lata temu podczas niedzielnej mszy radiowej?
“Wy, Polacy, macie krótką pamięć!
Wy tylko mówicie, że kochacie.
Zapomnicie wkrótce, kim jesteście.
Zachowajcie pamięć! (...)
Tylko we wrześniu mam tym większy żal,
Że nikt z obcych nie płakał nad tymi, którzy zginęli w wojnach, w okupacjach, w Powstaniu, obozach, więzieniach.
A nas zginęły miliony -
i nikt nie płakał... (bp J.Zawistowski)
.
Czując się zobowiązanym do czci i pamięci o poległych dziewiętnastowiecznych powstańcach i prześladowanych Adam Mickiewicz pisał:
“Jeśli zapomnę o nich
Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie!”
.
Może po wrześniowej rocznicy i nam by trzeba zadać sobie kilka pytań?
- Jak interesujemy się przeszłością?
- Czy rozmawiamy w domach na tematy historyczne?
- Jak dobrze znamy karty narodowej historii?
- Czy uczestniczymy w obchodach rocznicowych?
Na świecie wciąż wojny i ogniska zapalne, jak korzystamy z wolności? Czy prawym życiem odpłacamy za tak wysoką jej cenę?
Tegoroczny wrzesień uratował reżyser Andrzej Wajda filmem o Katyniu, wywołując szerokie zainteresowanie, dyskusję, przypominanie faktów historycznych stojących u genezy katyńskich wydarzeń:
1 września 1939 r. rocznica agresji hitlerowskiej. 17 września atak ZSRR na Polskę, przekroczenie przez Armię Czerwoną wschodniej granicy Polski na całej długości. Do końca września zajęte zostały wschodnie województwa Rzeczypospolitej, do niewoli zabrano blisko 18 tys. oficerów, 230 tys. żołnierzy oraz 12 tys. funkcjonariuszy Policji państwowej. Wśród jeńców znaleźli się przedstawiciele polskiej inteligencji tzw. elita narodu: lekarze, profesorowie, duszpasterze, prawnicy, nauczyciele, urzędnicy.
5 marca 1940 roku Biuro Polityczne władz ZSRR podjęło decyzję o rozstrzelaniu ok. 14.730 jeńców przebywających w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Liczba ta w rzeczywistości przekroczyła 22 tys. Druga część decyzji dotyczyła zamordowania ok. 7300 obywateli polskich z Kresów, znajdujących się w więzieniach NKWD na terenie przedwojennych wschodnich województw Rzeczypospolitej (w więzieniach Ukrainy i Białorusi). Do ofiar nienawiści trzeba też zaliczyć, deportowanych w 1940 r. prawie 2 milionów Polaków zesłanych na Syberię. Jak podają dane co trzeci z zesłańców nie przeżył głodu, terroru i zimna.
W swoim hymnie pozostali przy życiu Sybiracy śpiewają:
“Myśmy wciąż ku Niepodległej szli,
dziesiątkowani, niepokonani... Modlili się, błagali:
Z krwi i potu obmyj rosę, Ojcze nasz!
Prowadź do niej, choćby boso, Ojcze nasz!”
.
O gehennie, o kłamliwych wyrokach, o siłą narzuconym losie trwała długoletnia zmowa milczenia. Dobrze się stało, że w 1990 r. władze ZSRR ujawniły prawdę ogłaszając, że zbrodnie zostały dokonane przez NKWD. Dzięki filmowi “Katyń” przemówi prawda historii, odsłoni więcej szczegółów i zadośćuczyni pamięci tysięcy ofiar.
- Wciąż jednak wiele luk w naszej wiedzy o wojennych dramatach Polaków, jedną z takich pozostają losy rodzin byłych mieszkańców Kresów, skazanych na męczarnie i tułaczy los. Tak mało o nich wiemy, rozeszli się po świecie wyrzuceni jak ptaki z gniazd, pozbawieni wszystkiego, co mieli. Jakie były koleje ich losów? Często zbliżone, zawsze tragiczne. Dzięki obdarzeniu nas zaufaniem przez starosądeczankę z Kresów - p.Marię, Czytelnicy poznają losy rodziny typowe dla tysięcy innych z Kresów. Na pewno nie dla rozgłosu ani zyskania współczucia p.Maria odsłania swe życie, czyni to wyłącznie z głębszych pobudek, z obowiązku pamięci i przekonania, że gdy zabraknie świadków zdarzeń, za późno będzie dociekać prawdy. Chodzi jej tylko i jedynie o danie świadectwa i przekazanie go młodemu pokoleniu, by pamiętali skąd wyszli, jakie ich korzenia i jaka cena wolności. Z ogromną wdzięcznością przyjmujemy tę żywą lekcję historii, której tytuł w gazetce: “Gdzie ich mała ojczyzna?”
.
Dramatyczne losy Polaków z byłych Kresów
“GDZIE ICH MAŁA OJCZYZNA?”
.
Często sami nie wiedzą. Nie lubią wspomnień, zamknęli w sobie tamten czas, nie rozpamiętują nawet ran i krzywd. Potrzebowali dziesięcioleci, by przemóc izolację i dojrzeć do decyzji podzielenia się swoimi przeżyciami. Są ostatnim pokoleniem świadków i źródłem prawdy. Mają obowiązek pamięci. Ta świadomość pozwoliła odkryć się również p.Marii, od 57 lat starosądeczance, dzięki czemu poznamy losy rodziny, jakich na Kresach były tysiące, dramatyzm życia i gehennę osierocenia.
.
Wschodnie rubieże Rzeczypospolitej, przedwojenny Tarnopol. W nim 5-osobowa rodzina Wiśniewskich: Teresa (z pochodzenia Austriaczka) i Julian - rodowity Polak, z zawodu policjant państwowy oraz trzy córeczki: Teresa, Maria i Józia. Mieszkają kolejno w Tarnopolu, Koszyłówce i w Brodach, przenoszeni ze względu na placówki ojca.
Tworzą zgodną, skromnie żyjącą, ale szczęśliwą rodzinę. Starsze dziewczynki chodzą do szkoły, w tym samym roku przystępują do I Komunii św., gdy nagle normalność życia przerywa wojna - wrzesień 1939 r. i jego następstwa. Teresa ma 12 lat, Marysia 11, Józia 3 latka, ojciec z dnia na dzień traci pracę i pensję. Z czego się utrzymają? Inicjatywę przejmuje mama, zatrudnia się w piekarni (jest 1940 r.) przed samą Wielkanocą któregoś dnia przynosi jeszcze świeże bułki do domu i nagle traci przytomność. Wysoka temperatura. Szpital bez szans. Więcej dziewczynki nie zobaczą już mamy. Umiera w wieku 40 lat na zapalenie opon mózgowych. Odtąd jakby nieszczęścia sprzysięgły się na rodzinę.

Teraz ojciec musi koniecznie znaleźć pracę, obejmuje posadę nocnego strażnika w wapienniku w Brodach, lecz nie czuje się tu pewnie, mógłby się ukryć choćby w kukurydzy, ma jednak dzieci. W mieszkaniu wciąż rewizje, za czymś węszą, dwukrotnie poszukiwany przez NKWD-owców, za trzecim razem w czerwcu 1941 r. zostaje aresztowany, mimo, że jest jedynym opiekunem i żywicielem dzieci. Czy to kogoś obchodzi? Przed opuszczeniem domu zdejmuje z palca obrączkę, oddaje 14-letniej Teresie mówiąc: “może się przydać, opiekuj się dziećmi”. Odtąd słuch o nim zaginął, nie dociera żadna wiadomość. Dziewczynki nie mają nikogo z rodziny, ani środków do życia. Czasem wspomagają je sąsiedzi - jeśli mają z czego. W Brodach trwają straszne walki, powylatywały szyby z okien, same zgliszcza, niebezpiecznie i strasznie żyć. Tereska musi matkować siostrom, wchodzi w tę rolę bardzo odpowiedzialnie, tak szybko przyszło jej dorosnąć, musi zdobyć środki na utrzymanie. Podejmuje pracę w spółdzielni “Las” przy kiszeniu ogórków, a potem na kolei, ale mimo wszystko nie starcza nawet na skromną egzystencję. Staraniem sąsiadów młodsze dzieci zostają umieszczone w ukraińskiej ochronce prowadzonej przez siostry zakonne.
W marcu 1942 r. 15-letnia Teresa nieoficjalnie dowiaduje się, że ich 46-letrni ojciec, zamordowany przez NKWD, leży we wspólnej mogile w lesie, około 40 km od Brodów. Zaczyna szukać informacji, nawiązuje kontakt z gajowym tego lasu i z zakładem pogrzebowym, dociera do mogiły. Musi zidentyfikować zwłoki ojca. Poznaje go po ubraniu. Miał ręce założone na plecach i związane drutem telefonicznym. I jeszcze słyszy z rozmów, że do tej mogiły wrzucono żywcem mężczyzn i zakopano. Co musi czuć? Postanawia zabrać ojca, załatwia transport, przewozi zwłoki. Na drugi dzień odbywa się pogrzeb i pochowają tatę w grobie matki. Tereska ma tylko 15 lat...
Tymczasem kłopoty znów narastają, ochronka pęka w szwach, przybywa tak dużo sierot po pomordowanych Ukraińcach, że siostry zakonne zwolniono i polskie dzieci pousuwano z niej. Dziewczynki znowu mieszkają we trzy, ale doskwiera im bieda i głód. Korzystając z tego że RGO (Rada Główna Opiekuńcza) organizowała transport sierot, dzieci pomordowanych na Wołyniu, do Krakowa, znajomi dołączyli do transportu Marysię i Józię na przełomie 1943/44. W drodze do sierocińca w Ojcowie transport zatrzymał się w Krakowie.
Tutaj rozeszła się błyskawicznie wieść o nim. Dobrzy ludzie gotowi na solidarność przybywają w to miejsce, litują się nad dziećmi, niektórzy decydują się zabrać któreś do siebie. Teresa została w Brodach, lecz przed rozstaniem nakazała siostrom, by nie dały się rozdzielić, bała się o małą Józię, która mogłaby im zginąć. Trzymały się więc mocno za ręce widząc zainteresowanych nimi ludzi. Zrozumieli je. Bezdzietne małżeństwo Marków z Krakowa zabrało do siebie Józię, a Marysi załatwiło opiekę nad dzieckiem na drugim piętrze swej kamienicy. Tym sposobem siostrzyczki miały z sobą kontakt. Markowie byli dobrze sytuowani i bardzo opiekuńczy, traktowali Józię jak własne dziecko i u nich już została. Pomogli jej później zdobyć wykształcenie i usamodzielnić się.
Teresę przywiozła z Brodów krewna rodziny z Lwowa i umieściła u swych sióstr w Warszawie. Były samotnymi osobami, bardzo rodzinnymi, toteż natychmiast sprowadziły do siebie z Krakowa Marysię i obie siostry wreszcie znalazły - jak się zdawało - spokojne miejsce “u swoich”. To był czerwiec 1944 r. Zapobiegliwa ciocia jakimś cudem załatwiła Marysi świadectwo szkolne z piątej klasy, w trosce o dalsze jej kształcenie. Tymczasem 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie i zaczęła się nowa gehenna.
Jak te dni zapamiętały?
Jako nabrzmiałe wydarzeniami, entuzjastyczne i pełne niepokoju. Z jednej strony głód, bieda, radość ze zdobytego chleba czy kawałka koniny, z drugiej zapał ogarniający wszystkich. Budowanie barykad, wynoszenie z domu wszystkiego, co mogło się przydać, zrywanie chodników, powszechne zaangażowanie. Kto żyw chciał w tym uczestniczyć. A wokół proza życia: godzina policyjna, alarmy, strzelanina, ucieczki i schrony. I coraz częstsze tragedie, ginęli bliscy, kochani i nieznani. Przeżycia, których się nie zapomina.
Po 6 tygodniach powstania przyszło co najgorsze - wypędzanie mieszkańców z miasta. Warszawiacy zabierali najcenniejsze rzeczy i w popłochu opuszczali mieszkania. Po drodze rzucali kosztowności, bo skrajnie wyczerpani niewiele mogli unieść. Niemcy pędzili wszystkich do Pruszkowa. To był straszny widok, ogromny ludzki pochód: wózki z dziećmi, kalecy, staruszkowie, tłumy nieszczęśników opuszczających swe miasto. W hali kolejowej Pruszkowa następowała segregacja - osobno mężczyzn, kobiet i dzieci, i transport wagonami w nieznane.
Siostry Teresa i Marysia, wraz z innymi, zostały wywiezione przez obozy niemieckie w Pruszkowie, Wrocławiu, Berlinie do Schneideuehl (Piła). Tutaj pracowały jako nieletnie dzieci w zakładach naprawczych wagonów. Dokuczał im głód i zimno. Porcje żywnościowe były skąpe, 1/2 kg chleba na tydzień, czarna kawa, zupa z brukwi lub marchwi (ohydne) lub krupnik z grubą warstwą robaków na wierzchu (bardziej jadalny, bo trochę tłusty). Spały w barakach, bez przykrycia, nie miały ciepłej odzieży, bardzo marzły.
Dziewczynek poszukiwał Ludwik Marko - opiekun Józi, poczynił starania i pod koniec 1944 r. zostały zwolnione z obozu. W drodze jednak pojawiły się nowe przeszkody. Jechały pociągiem i na granicy Guberni w Trzebini gestapowscy rewizorzy z psami zatrzymali siostry, gdyż nie miały przepustki, a tym samym żadnych szans na dalszą jazdę. Wieczorem dziewczynki poszły na Gestapo, prosiły. Ulitował się Niemiec, dał przepustkę. Wybrały się w drogę do Krakowa, dojechały nocą. Nie zdawały sobie sprawy, że obowiązuje godzina policyjna, szły ulicami miasta nieświadome niebezpieczeństwa. Na szczęście udało się dotrzeć na miejsce.
Teresa z Krakowa wyjechała do Wrocławia, krewni i znajomi pomogli jej, zdobyła wykształcenie, założyła rodzinę i tam mieszka.
Marią w Krakowie zaopiekowała się wdowa mieszkająca z synem, Anna Sarnecka, wspaniały człowiek. Z wielką serdecznością wspomina ją p.Maria: “Była dla mnie bardzo dobra, traktowała jak córkę, a ja mówiłam jej Mamo. Zabrała mnie w drewniakach pozbijanych gwoźdźmi, w okryciu pozszywanym z koca, ubrała, pielęgnowała w chorobie, dzieliła się wszystkim, zadbała o wykształcenie. W Krakowie chyba przeżyłam najszczęśliwsze lata, ukończyłam studia, poznałam przyszłego męża i wyszłam za mąż, podjęłam pracę w rachubie. Zaczęłam wreszcie normalnie żyć”.
Spośród ofert pracy mąż wybrał Stary Sącz i tak znaleźli się tutaj. Poproszona o kilka refleksji starosądeckich p.Maria opowiada:
- “Po przeżytym koszmarze byłam osobą lękliwą, niepewną siebie, wszystkiego się obawiałam. Wydawało mi się, że nic nie potrafię, niczemu nie podołam. W Starym Sączu pomogli dobrzy ludzie, spotkałam się z dużą życzliwością i do dzisiaj jej doświadczam. Wtedy poznałam wspaniałego dyrektora, wrażliwego, odpowiedzialnego i bardzo ludzkiego. Mogę powiedzieć, że to był naprawdę prawdziwy człowiek. Pomógł mi uwierzyć w siebie i w ludzi, pomógł znaleźć się w pracy, z ogromną wdzięcznością zawsze będę wspominać p.Władysława Łasińskiego. Oddałam się pracy całą sobą, chciałam dać w niej wszystko z siebie. Pracowaliśmy oboje z mężem, tu przyszły na świat nasze dwie córki, tu toczyło się spokojne, zgodne życie rodzinne.

Dopiero po 50 latach odważyłam się wybrać z wycieczką na Ukrainę. Drugim razem byłyśmy razem z siostrami, szukałyśmy grobu rodziców, lecz niestety bez skutku. Na zaniedbanym cmentarzu nie udało się znaleźć nawet śladu. Kresy bardzo źle mi się kojarzą, chyba to zrozumiałe?
A co w życiu uważam za najważniejsze?
- Zdrowie i pokój, wzajemne poszanowanie, zgodę w rodzinie, życzliwość ludzką i zadowalanie się tym, co się ma. Tak dużo przeszłyśmy z siostrami, że do spraw materialnych nie przywiązujemy żadnej wagi, tak niewiele nam potrzeba do życia. Nikomu niczego nie zazdrościmy, cieszymy się życiem i stosujemy zasadę “trzech N” - nigdy nie narzekać!”
 
Herodot twierdził: “Trzeba poznać świat, żeby poznać siebie”. Trzeba poznać ludzkie losy i postawy, by uczyć się żyć i doceniać, co się ma. Szczytem mądrości jest pogodzenie się z losem. Wbrew wszystkiemu warto żyć, warto trwać przy swych wyborach, bo wszystko ma jakiś sens, a o przeszłości nie wolno zapominać.
Za te wszystkie doświadczenia, za świadectwo prawdy i łzy, które wycisnęły bolesne wspomnienia serdecznie p.Marii dziękuję.
Zofia Gierczyk
46150