Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki
Przejdź do Menu Techniczne

Menu Dodatkowe

11 lutego - Światowy Dzień Chorego

Treść


.
11 lutego - Światowy Dzień Chorego
 
Wciąż utwierdzamy się w przekonaniu, jak niezastąpionym autorytetem i punktem odniesienia pozostaje dla nas Jan Paweł II. W każdej ludzkiej sprawie, w każdym temacie egzystencjalnym podpieramy się jego mądrością i czerpiemy z jej źródeł. Tak jest również w kwestii cierpienia, codziennych krzyży chorób oraz ludzkich postaw wobec nich, rozpatrywanych ze szczególną uwagą w związku z Dniem Chorego.
 
W jednej ze swoich wypowiedzi Jan Paweł II mówił:
- Na różnych miejscach cierpi człowiek, często bardzo cierpi; wzywa drugiego człowieka, bo go potrzebuje. Wszyscy jesteśmy wzywani. Gdziekolwiek słychać wezwanie ludzkiego cierpienia niech stanie przed oczami Chrystus obiecujący: „Przyjdę!” Niech będzie naśladowany. Ważne jest, żeby przyjść, żeby być. Czasem bardziej niż uzdrowienia chory potrzebuje człowieka, potrzebuje ludzkiego serca, ludzkiej solidarności i obecności. Niosąc pomoc przejmuje się część czyjegoś cierpienia, uczestniczy się w nim. Tym samarytańskim darem z siebie - zyskuje się cichą radość ze spełnienia powinności.
 
     Boimy się choroby, bólu, tragicznych doświadczeń losu. Nie chcemy przyjąć do wiadomości, że cierpienie jest treścią życia i najtrudniejszym z ludzkich doznań, którego nie można uniknąć, ani się wyrzec, na które trzeba być przygotowanym i które trzeba przyjąć.
A jednak mówi się także o pozytywnych stronach cierpienia, że ma głęboki sens moralny, uczy dojrzałości życia i człowieczeństwa. Ksiądz Jan Twardowski przekonywał, że bez cierpienia nie staniemy się pełnowartościowymi ludźmi i „pozostaniemy niedorośli przed śmiercią”, i że doznanie cierpienia jest warunkiem osiągnięcia szczęścia.
    Ciężka choroba burzy porządek życia całej rodziny, wszystkim bliskim, ale najbardziej doświadcza osobę poszkodowaną. Jak ma się ona zmierzyć z zaistniałą sytuacją, próbują doradzić ci, którym się udało wygrać walkę z sobą. Póki są szanse, póki jest nadzieja - uparcie walczyć. Jeśli już nie ma - być pogodzonym i pogodnym, zaakceptować to, co nieuniknione i żyć z tym. Miara krzyży, cierpień i bólu dla każdego jest inna. Od krzyża nie uciekniemy. Na świecie jest strasznie dużo cierpienia i wielki głód miłości. Ksiądz prof.Grzegorz Ryś pisze:
„Najtrudniej ucałować swój krzyż. Uczniem zostaje się przez to, że nosi się własny krzyż. Czasem się go dźwiga, czasem ucieka przed nim lub niesie przeklinając. Chrystus, mimo że Go krzyżowano, dalej kochał. Stawia więc przed nami trudne zadanie: jak podnieść własny krzyż i nie przestać kochać? To wydaje się zadanie nad ludzkie siły. Sam proszę, żeby doświadczenie cierpienia nie zabiło we mnie zdolności do kochania. Żebym nie przeklinał Boga, że nic nie robi z tym krzyżem w moim życiu”.
 
    O tajemnicy cierpienia i o tym, jak wokół niego może krystalizować się ludzkie dobro, mówi przytoczony fragment wypowiedzi dziennikarza angielskiego „Timesa”.
Dla chorego postępująca choroba jest wielką próbą zmagania się z sobą, przykuciem do łóżka, zamknięciem w 4 ścianach mieszkania, wyizolowaniem. Podobnie bardzo trudnym doświadczeniem i nieprawdopodobnym wysiłkiem staje się dla osób opiekujących się niedołężną osobą. Czasem wymaga to lat poświęcenia, bezgranicznej cierpliwości i ofiary.
Wspomniany dziennikarz - Stephen Martin - przez 11 miesięcy opiekujący się chorą mamą, swoją postawą może nas wiele nauczyć. Opowiada na przykład… trzeba było 47 razy w nocy do toalety, a potem 47 raz pomóc odmawiać długą modlitwę przed zaśnięciem (choroba podobna do Alzheimera). Codzienne zmaganie się z postępującą chorobą, mycie chorej, ciągły niepokój, zmęczenie, uważne czuwanie dniem i nocą, to ciężkie i wyczerpujące miesiące, ale też najlepsze, bo pomagały oswoić się z myślą o nieuchronnym odejściu. Cały czas robiliśmy, co tylko mogliśmy zrobić, siedziało się przy łóżku, gawędziło, odkrywało poczucie bliskości, gładkość skóry, delikatność włosów. To, jak się nią opiekowaliśmy, na pewno pomogło w walce z chorobą. Mama zachowywała stoicki spokój, umiała trwać i wytrwać, nie poddała się nigdy. Choć było to dla nas ogromnie trudne, dziś postąpilibyśmy tak samo. Wciąż z żalem myślimy, że nie ma jej wśród nas. Ktoś nam podsuwał pomysł oddania mamy do domu opieki, z pozoru tak idealne rozwiązanie współczesnych czasów w rzeczywistości chyba nigdy takim nie będzie. Nie mówiąc o dyskomforcie chorego, traumie jego doznań, również dla dzieci jest to bardzo dramatyczne przeżycie. Nie wyobrażaliśmy sobie takiej sytuacji. Ani przez chwilę nie pomyśleliśmy o oddaniu mamy do domu opieki, czy szpitala. Dzięki temu dziś doświadczamy spokoju sumienia i pewności, że postąpiliśmy tak, jak się powinno, jak trzeba było.
 
    Jakie wnioski z tej opowieści? Jakie wskazania dla nas?
Miłość jest trudna dla każdego człowieka.
„Miłością płaci się za miłość. Za prawdziwą miłość warto zapłacić najwyższą cenę” (Benedykt XVI).
W ludziach są ogromne pokłady dobroci, potrafią dać z siebie wszystko, być do końca, być oparciem, gdy coś złego się dzieje.
Dostajemy z powrotem tylko to, co sami przedtem daliśmy.
Potrzebujemy innych, by ich kochać i by oni nas kochali.
Miłość ma być „aż do całkowitej ofiary z siebie” (św.Paweł)
    Ma być, lecz czy zawsze jest? Jak kochamy - niech odpowie - na koniec rozważań - pouczająca historyjka braci Grimm.
Mowa w niej o staruszku, ojcu i dziadku, któremu z wiekiem przybywało dolegliwości, oczy zmętniały, uszy przygłuchły, a kolana dygotały nerwowo. Kiedy siedział przy stole, nie potrafił utrzymać łyżki i dlatego oblewał często obrus zupą, a jedzenie wypadało mu z ust. Syn i synowa brzydzili się tego i dlatego zaczęli sadzać starego dziadka za piecem w kącie i podawać mu jedzenie w miseczce; ale nie za dużo. Patrzył wtedy zasmucony w stronę stołu, a oczy mu się szkliły. Pewnego razu jego drżące dłonie nie utrzymały miseczki, która spadła na podłogę i stłukła się. Młoda gospodyni zganiła go, ale on nic nie odpowiedział, tylko wzdychał. Od tej pory musiał jadać z drewnianej miseczki. Kiedy tak pewnego razu siedzą, czteroletni wnuczek znosi do kuchni i składa na podłodze małe deseczki. „Co robisz?” - pyta ojciec. „Korytko - odpowiada malec - mama i tata dostaną z niego jeść, jak już będę duży”. Spojrzeli po sobie rodzice, zapłakali i posadzili dziadka natychmiast przy stole, pozwolili mu jeść z nimi i już nigdy nie narzekali, kiedy coś rozlał.
 
    Jak czcimy rodziców, starszych - dzisiaj? Aby wychować wdzięczne dzieci, musimy umieć sami okazywać wdzięczność.
Myślmy o wszystkim, za co powinniśmy być wdzięczni i dziękujmy Bogu za hojność i wszystkie łaski - radzi autorka „Myśli na każdy dzień” A.Kraft.
Fr. wybrała Zofia Gierczyk
46145