Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki
Przejdź do Menu Techniczne

Menu Dodatkowe

O tempora, o mores…

Treść


.
O tempora, o mores…
 
    Ostatnio byłam świadkiem oryginalnych dość „zapasów”: histeryzujący, tupiący, wrzeszczący mały człowiek usiłował wymusić coś na bezradnej i przestraszonej mamie. Ta - ratując się, bo była już obiektem niejakiego zainteresowania - oświadczyła małemu terroryście: jeśli się uspokoisz - to po południu pójdziemy do supermarketu, tak tego największego i będziemy sobie kupować różne rzeczy. Efekt? Momentalny spokój. Mnie zaś dopadły ponure dość myśli.
    Oto po pierwsze - żal było mi owej mamy. Sprawiała wrażenie kompletnie bezsilnej, zagubionej, bezradnej i bez żadnego pomysłu na swoje własne dziecko, które całkowicie ją rozszyfrowało, odczytało i umiejętnie wykorzystywało dla swych doraźnych potrzeb i zachcianek. Skąd wypływa ta rodzicielska niemoc? Czy to może uzależnienie od wszelakiej maści Super Nianiek, które podsuwały gotowe (często z kosmosu) pomysły, a kiedy wreszcie zajęły się sobą i promowaniem swych tanecznych talentów w popularnych stacjach TV współczesne mamy straciły grunt pod nogami?
    Po drugie - dlaczego wyprawa do supermarketu to szczyt marzeń ziemskich? To celebracja, święto, wielogodzinne, rodzinne eskapady, a zwykły sklepowy wózek staje się obiektem, wokół którego z namaszczeniem kroczą domownicy. Dlaczego nie można zaproponować dziecku wizyty w muzeum, w teatrze, w kinie, spaceru, ciekawego koncertu? Brak czasu? Nonsens! Supermarkety pochłaniają nam go znacznie więcej. Więc co? Lenistwo, wygoda, niewiedza, że można inaczej, ciekawiej? Pamiętam wizyty mojego dziecka w muzeach, np. w Muzeum Wojska Polskiego. Wspominam je z rozrzewnieniem, bo chociaż militaria to ostatnia rzecz, która budziłaby moją żywszą reakcję, to widok szalejącego sześciolatka, który z okrzykiem „wojenność i zbrojnia” przytulał się do każdego niemal działa czy armaty - był bezcenny. Radość, błysk w oczach i wspólnie spędzany czas. Pieniądze? Czy zwykły spacer w parku wyniesie nas drożej niż bezsensowne ilości kupionych rzeczy, które i tak okażą się kompletnie nieprzydatne? A książki?
.

.
    Ile osób zrezygnuje z McDonalda (kultowe zbieranie szklanek w zamian za śmieciowe zestawy, nad którymi załamują ręce lekarze i dietetycy, upragnione zabawki z tandetnego plastiku) i powędruje z dzieckiem do księgarni, biblioteki? Ilu dzieciom czyta się książki na dobranoc? Czy jeszcze ktoś opowiada im bajki? Nieoceniona profesor Irena Sławińska z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego opowiadała kiedyś na swych słynnych seminariach z teatru i dramatu, iż w czasach jej młodości w okresie wakacji młodzież gimnazjalna, licealna pochłaniała wprost klasykę polską i obcą. Słowacki, Mickiewicz, Norwid, Szekspir - bez przymusu, w całości i to dobrowolnie. Dziś - sugerowanie maturzyście większej nieco porcji lektur do przygotowywanej przez niego prezentacji maturalnej wywołuje grymas niechęci na twarzy (bo głupie, długie i trudne). Nie dziwi więc, że Ariel kojarzy się już wyłącznie z proszkiem do prania, Ajax - z płynem do mycia, uwertura do baletu Romeo i Julia Prokofiewa z reklamą samochodów (o Panu Tadeuszu czy Jacku Soplicy nawet nie ma co mówić…). Czy zatem powolny zmierzch cywilizacji śródziemnomorskiej?
    „Wychowanie to praca z człowiekiem i nad człowiekiem” - mawiał ks.profesor Józef Tischner. Zadanie to niezwykle odpowiedzialne, to proces trwający w czasie, ale proces niezbędny. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że bezpowrotnie się gdzieś zatracamy, gubimy, rozmieniamy na drobne, okradamy wreszcie z czegoś bezcennego, co stanowi o sile i wartości człowieka, o naszej własnej godności.
Renata Miłosz
 
Przedruk „Wspólnota Puławska” nr 1 z 2010 r.
 
50580