Przejdź do treści
Z Grodu Kingi
Przejdź do stopki
Przejdź do Menu Techniczne

Menu Dodatkowe

Majowi >grajkowie< starosądeccy: Emilian Śmierciak i Jan Siedlarz

Treść


.
Majowi „grajkowie” starosądeccy
NIE ZAKOPUJĄ TALENTÓW
 
     Upomnieli się o nich Czytelnicy prosząc, by w imieniu wszystkich podziękować panom: Emilianowi Śmierciakowi i Janowi Siedlarzowi za koncerty rozbrzmiewające w majowe poranki z wieży kościoła parafialnego p.w. św.Elżbiety. Spełniamy prośbę prezentując sylwetki obu panów, również ich wspomnienia, refleksje, anegdoty. Czas ku temu wyjątkowo trafiony, bo jubileuszowy: 60-lecia gry p.Emiliana i 43-lecia p.Jana.
Aż trudno uwierzyć, że p.Emilian już po osiemdziesiątce, energiczny, uśmiechnięty, sprawny fizycznie i wciąż gra. Chyba muzyka odmładza i wypogadza. Trudno sobie wyobrazić: 60 lat, 60 majów, ile to dni, ile kroków i schodów, ile godzin gry i wygranych melodii. Z przeliczenia wyszło, że 1860 dni i tyleż godzin, a schodów przemierzonych w tym czasie na wieżę i z wieży - 349 680.
     Jak to się zaczęło? Skąd się wzięło? Czym jest muzyka w ich życiu? Opowiadają szczerze i ciekawie, bo to ich pasja i umiłowanie. Zaczyna p.Emilian:
.

.
- Z miłością do muzyki chyba się urodziłem, odziedziczyłem geny i uzdolnienia po rodzicach, oboje grali, wtedy na „guzikówce”. Szczególnie mama kochała grać, wkładała w to całe serce, czas i energię. Grali też bracia, na flecie i skrzypcach - nic więc dziwnego, że i mnie ciągnęło, grałem na akordeonie jako samouk. Nie było się wtedy gdzie uczyć, o szkołach muzycznych ani się nie śniło, ale jak się muzyką żyło, to sama przychodziła i wszędzie się ją słyszało. Marzenia o graniu na wieży kościelnej pojawiły się jeszcze przed wojną. Obserwowałem dwu gimnazjalistów - studentów, którzy każdego rana szli z trąbkami na wieżę i grali majowe maryjne pieśni. Zazdrościłem im tego bardzo, pragnąłem tak kiedyś zagrać, ale przyszła wojna, zrujnowała życie i zabrała marzenia. Odżyły po odzyskaniu wolności i unormowaniu się sytuacji. W roku 1948 burmistrz Cesarczyk zakładał orkiestrę kolejową, nie byłem kolejarzem, ale udało mi się do niej dostać. Cel już teraz był blisko, po krótkim przyuczeniu już w 1949 roku zagrałem na wieży. I jak tu nie wierzyć, że marzenia się spełniają?
Jakiś czas grał ze mną Stanisław Czerpak, później jednak zrezygnował, przychodzili też inni, dorywczo, od czasu do czasu i grali. W 1965 r. po odbyciu służby wojskowej do orkiestry wstąpił Jan Siedlarz, namówiłem go do wieży, spróbował i już został. Od 1966 r. gramy razem. To niezawodny, chętny i pewny człowiek, tworzymy zgrany duet, możemy na siebie liczyć.
.

.
     Pan Jan Siedlarz też z muzyką się urodził, od dziecka na nią wrażliwy lubił słuchać, uczył się grać i grywa z przyjemnością. Granie z wieży w miesiącu maryjnym to jednak coś więcej niż przyjemność, to wewnętrzna potrzeba, jakiś nakaz i sprawdzian, szczególnie gdy trzeba było pogodzić je z pracą zawodową.
Gdy człowiek czegoś bardzo chce, to nie ma rzeczy niemożliwych - twierdzi p.Jan zabarwiając swoje opowieści humorem i anegdotami. Opowiada np. że grali jeszcze za ks.proboszcza Odziomka, którego bardzo mile wspominają. Z czasów proboszczowania ks.Jana Kosa przypomina im się zabawna historyjka o nietypowym słuchaczu.
- Miał ks.proboszcz Kos ciekawego psa, który każdego dnia wyczekiwał na nas „grajków z wieży”. Obserwował, podprowadzał nas, a gdy zaczynaliśmy grać, siadał na trawniku naprzeciw, z głową uniesiona ku górze, słuchał i nie ruszał się ani na krok. Gdy robiliśmy sobie krótką przerwę między melodiami, pies się podnosił, powarkiwał po swojemu, poszczekiwał, patrząc na wieżę, jakby upominał, żeby grać dalej. Jak tylko zaczynaliśmy grać zajmował swoją pozycję, nieruchomiał i tak tkwił do końca. Tak było każdego dnia. Do dziś nie możemy się nadziwić większej czasem wrażliwości i muzykalności zwierzęcia niż człowieka.
     Inna zabawna historyjka kojarzy się nam z trudem pokonywania 94 schodów, bo tyle ich jest na wieżę, niektórych dość bystrych, szczególnie kiedy w nogach czuje się już lata. To tak jak z historyjką o rosnących górach - opowiada p.Jan. Pewnego razu turyści wędrujący szlakiem pytali górala, ile czasu potrzebują, by dostać się na szczyt góry. Góral zawahał się chwilę i odrzekł, że to różnie bywa, bo góry rosną. Jak to rosną? - zapytali.
Ano tak, że dawniej potrzebowałem 2 godzin - a teraz 3-4 żeby wejść, bo góry rosną (razem z latami).
Pan Emilian skomentował gadkę po swojemu, że jemu schody na wieżę też niestety rosną, bo coraz ciężej się na nie wspinać po osiemdziesiątce, coraz więcej czasu na to trzeba. Boi się, czy w następnym maju jeszcze się to uda.
Zapytani o motywację, repertuar i satysfakcję z gry obaj Panowie odpowiadają:
- Maj to miesiąc maryjny, Matce Boskiej należy się cześć, Bogu - chwała. Pieśni maryjne są bardzo piękne, przypominają majówki z dzieciństwa i młodości. Jak się dostało talenty, trzeba je rozdawać, a jak się jeszcze muzykę kocha, to już wszystko jasne. Granie z wieży jest na pewno przyjemnością, ale też obowiązkiem, wysiłkiem, wymaga dyspozycyjności. Mamy satysfakcję, że wytrwaliśmy do dziś. Przez wiele lat warunki na wieży były fatalne, wiatr wiał tak mocno, że głowę chciało urwać, przeciągi i żadnej nigdzie osłony. Dopiero przeprowadzony remont przyniósł zmianę (robił go zresztą p.Jan). Wstawiono okna i szyby, uporządkowano wnętrze, poprawiono schody. Nasz repertuar to wszystkie pieśni ze śpiewnika po kolei. Ostatnio bardzo popularna stała się „Czarna Madonna”, o którą ludzie dopominają się, by częściej grać.
Każdy przejaw życzliwości jest dla nas ważny, to, że ludzie się cieszą, otwierają okna, słuchają, dziękują. Parę lat temu jedna z sióstr Klarysek, wtedy już poważnie chora, przysłała do nas przez p.Zosię Król - obrazek, na którego odwrocie umieściła podziękowanie za piękne granie na wieży adresując „Majowym Grajkom”. Tak nas nazwała i to nam się nawet spodobało, bo przypomina o wdzięczności i ludzkiej dobroci.
Chcielibyśmy dać przykład innym, zachęcić, szczególnie młodych ludzi do naśladowania. Każdy człowiek ma coś do dania innym, trzeba tylko chcieć, tyle rzeczy by można zrobić, również bezinteresownie. Talentów się nie zaprzepaszcza, nie zakopuje. Bardzo ważne jest, żeby mieć pasje i rozwijać je, one dają radość i sens życia.
     Tyle nasi goście, a my możemy tylko pogratulować im talentów i wytrwałości, i podziękować za piękne melodie z wieży. Z muzyką wstępuje w ludzkie dusze radość, nadzieja i piękno. Z pieśniami maryjnymi przychodzi rozmodlenie, podziw i wdzięczność Matce Boskiej. Mamy nadzieję, że z farnej wieży zawsze będą unosiły się w majowe poranki tkliwe melodie maryjne. Wdzięczni za tyloletnie koncertowanie życzymy sił i zdrowia, by jak najdłużej mogli je Panowie wykonywać, by też znaleźli się kontynuatorzy, którzy Was kiedyś godnie będą mogli zastąpić.
Zofia Gierczyk
 
47052